O Programie 12 Kroków

Moderatorzy: lulla, Opiekun Strefy Problem

O Programie 12 Kroków

Nieprzeczytany postautor: lulla » 15 maja 2009, 07:32

Wiktor Osiatyński -tekst wystąpienia z 25 marca 2006 roku wygłoszonego w Duszpasterstwie Trzeźwości przy kościele Ojców Franciszkanów na wzgórzu Przemysława w Poznaniu zarejestrowanego przez radio Emaus.



"Mówienie o programie irytowało mnie i myślałem sobie: „Po co mi jakiś program, mam swój program na życie — mam się nauczyć, jak nie pić albo jak pić tak, żeby to nie było takie destruktywne”. Nic nie rozumiałem; myślałem, że mam dobre życie. Myślałem, że co jakiś czas (a przez dwanaście z dwudziestu jeden lat picia piłem cyklicznie) wstępuje we mnie jakiś diabeł i wtedy się zmieniam i piję. Natomiast w czasie, kiedy nie piłem, byłem szanowanym, dobrze pracującym człowiekiem, który nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jego życie było zubożone i ograniczało się właśnie do okresów picia i okresów intensywnej pracy, za pomocą której chciałem udowodnić sobie i innym, że nie jestem szmatą.

Wtedy myślałem, że to, co robię w tym czasie, kiedy nie piję, jest dobre, godziwe, i to był mój program. I nie chciałem innego. Mówiąc metaforycznie, wiedziałem już, że jest we mnie rozdźwięk jak między doktorem Jekyllem i panem Hyde z opowiadania Roberta L. Stevensona. Doktor Jekyll to jest szanowany, pracujący, dobrze spełniający swoje obowiązki człowiek i obywatel, a co jakiś czas wchodzi w niego pan Hyde, który dokonuje dzieła destrukcji. Na początku moim marzeniem było, tak jak u wielu innych, żeby w jakiś sposób „zahibernować” albo zabić tego Hyde’a po to, żeby doktor Jekyll mógł władać moim życiem i żeby mógł realizować swoje cele, zadania i swoje wartości.

To doktor Jekyll jest chory

Minęły dwadzieścia trzy lata, a ja już od dłuższego czasu wiem, że chorym człowiekiem był doktor Jekyll, a nie pan Hyde… Że to doktor Jekyll stawiał przed sobą takie zadania, takie cele, takie wartości, które do mnie, do mojego charakteru, do moich cech, do moich potrzeb i do mojej wrażliwości nie pasowały. Wiem, że doktor Jekyll, dlatego że żył tak, jak żył (co wszystkim i mnie samemu wydawało się godziwe i warte aprobaty), tak się tym życiem męczył, że co jakiś czas musiał pojechać na urlop i przywołać pana Hyde’a, żeby zapomnieć o sukcesach, o karierze i o innych swoich działaniach. Dzisiaj wiem, że program Dwunastu Kroków jest programem leczenia doktora Jekylla, a nie pana Hyde’a.

To jest program powolnej, stopniowej przebudowy i zmiany własnych wartości, podkreślam, tych wartości, które w czasach, kiedy piłem, uważałem za pozytywne. Tych wartości, za które świat mnie cenił i nagradzał. Było to bardzo trudne i skomplikowane, bo wymagało dostrzeżenia wielu płaszczyzn własnego zakłamania, własnego fałszywego obrazu i jednocześnie pewnej pustki. No bo jeżeli nie będę pił — to co? Jeżeli nie będę pracował — to co?

Pamiętam początek tej drogi, którym nie był wcale pierwszy czy drugi ani nawet trzeci mityng AA, tylko moment, kiedy znalazłem się na leczeniu w ośrodku terapeutycznym. Terapeutka, która prowadziła grupę, podczas pierwszego spotkania zapytała mnie: „Kim ty jesteś?”. Odpowiedziałem: „Jestem pisarzem”, bo wtedy nim byłem. A ona stwierdziła: „Ale ty tu nie przyszedłeś, dlatego że masz kłopoty z pisaniem”. Powiedziałem: „Prawda, zapomniałem, jestem też alkoholikiem”. Ona na to: „Dobrze, ale przyszedłeś tu leczyć się z alkoholizmu, więc może nim nie będziesz. A jeżeli zapomnisz, że jesteś pisarzem, i jeżeli zapomnisz, że jesteś alkoholikiem, to kim jesteś?”. Miałem wtedy trzydzieści osiem lat i nie wiedziałem. Program Anonimowych Alkoholików, program Dwunastu Kroków był dla mnie, i nadal jest, odkrywaniem przed samym sobą, kim jestem, jeżeli zapomnę, że jestem pisarzem i alkoholikiem.

Dzisiaj też czasem coś piszę, ale nie jest to moja maska, nie jest to mój tytuł do określania mojej tożsamości przez to, co robię. Zresztą i dziś ludzie często mnie pytają, kim jestem. Pytają o to, co robię. I ja nie umiem odpowiedzieć na to pytanie! Nie wiem, czy jestem profesorem, czy jestem pisarzem, czy jestem dziennikarzem, czy pracuję w dziesiątkach organizacji pozarządowych… Jest mi to obojętne. Tak naprawdę wiem, że jestem bardzo wrażliwym, uczuciowym człowiekiem, do granic płaczu i sentymentalizmu; człowiekiem, który całe życie tak bardzo bał się tej uczuciowości, że przykrywał ją maską racjonalizmu, nauki, tytułami profesorskimi albo innymi. Wiem też, że jestem człowiekiem, który został stworzony do tego, żeby żyć i funkcjonować na otwartym powietrzu, a spędził całe życie w zamkniętych pomieszczeniach. I wiem kilka innych rzeczy o sobie, które naprawdę są ważne. Nie odkryłbym ich bez Dwunastu Kroków. Te Dwanaście Kroków nie polegało tylko na tym, bo właściwie pierwszy krok, a dokładniej jego pierwsza połowa, motywowała, żeby przestać pić i umocnić siłę, żeby nie „zapić”. Przestać pić jest bardzo łatwo. Przestawałem pić z pięćdziesiąt razy. Problemem było, żeby nie zacząć pić znowu. A działo się tak, dopóki nie zrobiłem pierwszej połowy pierwszego kroku, do czasu, gdy uznałem, że jestem bezsilny wobec alkoholu.

Jestem bokserem wagi muszej
Zachowywałem się jak bokser wagi muszej, który wychodzi na ring, by walczyć z bokserem wagi ciężkiej i się dziwi, że został znokautowany: „O, pewnie mnie znokautowali, bo zjadłem ogórek przed walką”. Wychodzi następny raz, walczy i znowu jest nokautowany. W pewnym momencie uznałem, że jestem bokserem wagi muszej i na ten ring nie wychodzę. I mogę żyć. To było bardzo trudne. Mówi o tym właśnie pierwsza część pierwszego kroku. Jest bardzo dużo miejsca poza ringiem, żeby funkcjonować, żeby dobrze żyć i żeby się rozwijać. To wszystko. Więcej w programie Dwunastu Kroków o alkoholu nie ma mowy. Bo nie chodzi o alkohol. Tu chodzi o uczucia! Wartości. Chodzi o spustoszenie dokonane wcześniej przez alkohol (chociaż nie tylko) we wrażliwości, uczuciowości i pomysłowości doktora Jekylla. Od pierwszej połowy pierwszego kroku pan Hyde śpi. W tym miejscu zaczyna się ciężka praca. Praca, której sam nie potrafiłem wykonać. Praca, której nie wykonałbym bez pomocy wspólnoty Anonimowych Alkoholików i innych ludzi. Praca, na którą musiałem się otworzyć.

Opowiem krótko. Trochę o tej pracy, a trochę o tym, na czym ona polega dzisiaj. W każdej sprawie albo w prawie każdej muszę odróżniać sytuacje, w których jestem bezsilny, od tych, w których mogę coś zrobić. Najbardziej pomaga mi w tym Modlitwa o pogodę ducha: „Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”. Co mogę zmienić, a czego nie mogę zmienić… Tak naprawdę te kroki, które musiałem zrobić, żeby się podnieść i przebudować doktora Jekylla (każdy, kto jest w tej wspólnocie, musi to robić), przydają się na co dzień w borykaniu się ze zwykłymi życiowymi problemami. To, że jestem alkoholikiem, to nie jest żadna filozofia. Właściwie każdy człowiek jest alkoholikiem, tylko niektórzy nie używają alkoholu… Każdy człowiek ma problemy życiowe, tylko niektórzy z nas, aby się z nimi uporać, używają alkoholu i to jest inny sposób powiedzenia tego samego.

Z pewną irytacją myślę o pojęciu „nawrotów”. Gdy niektórzy mnie czasem pytają: „Nie pijesz już dwadzieścia trzy lata, czy ci się zdarzały nawroty?”, odpowiadam im: „Ostatnio dzisiaj rano”. Jeżeli zdefiniujemy nawrót jako niepokój, nerwy, irytację, nieporadność czy trudność radzenia sobie z własnymi emocjami i problemami, to zdarza mi się to co chwilę! Tylko, że to nie są nawroty. To jest normalne życie. To jest zmienność nastrojów, która charakteryzuje prawdopodobnie całą naturę ożywioną od ameby, a na pewno od trawy w górę, tylko że z trawą nigdy nie rozmawialiśmy, żeby się o tym dowiedzieć. Otóż zmienność jest cechą życia. Tyle że dzięki krokom dzisiaj nie muszę na tę zmienność stosować alkoholu albo innych używek. To wielka różnica. Nawrót tak naprawdę jest wtedy, kiedy ktoś się napije. Powstaje pytanie, czy mamy metody radzenia sobie z tym życiem? W AA i w programach terapeutycznych oraz pomocach, które powstały wokół AA, takich jak dziennik uczuć czy wykorzystana do Dwunastu Kroków znakomita terapia racjonalno–emotywna itp., uczymy się radzić sobie z życiem. Mnie bardzo pomagają kroki.

Przestaliśmy kierować własnym życiem

Dla mnie na co dzień, a także w AA i w trzeźwieniu, najważniejsza jest druga część pierwszego kroku, o której często się zapomina: „i przestaliśmy kierować własnym życiem”. Kiedy przyszedłem do AA, to w pierwszym kroku skupiłem się na alkoholu i krzywdach, które mi wyrządził, tymczasem druga część pierwszego kroku nie dotyczy wcale alkoholu. Dotyczy ona tego, że przestałem kierować własnym życiem, wszystko jedno czy z powodu alkoholu, czy z powodu tego, że kiedyś w dzieciństwie się czegoś wystraszyłem, czy z tak banalnej przyczyny, że ja nie jestem Panem Bogiem… Po prostu jednymi rzeczami w życiu mogę kierować, a drugimi nie i tych ostatnich jest większość. Natomiast bezsilność wobec alkoholu spowodowała, że ogromną liczbą spraw w moim życiu nie byłem zdolny kierować, niezależnie od tego czy piłem, czy nie piłem. Kiedy nie piłem, to tkwiłem wciąż w takim sposobie myślenia, który był fałszywym spojrzeniem na rzeczywistość.

Jeżeli ktoś fałszywie widzi rzeczywistość i samego siebie w niej, to oczywiście nie może kierować własnym życiem, bo nie może podjąć racjonalnej, to znaczy skutecznej, decyzji. Widzi fałsz i na nim się opiera. W naukach przyrodniczych rzecz jest dużo prostsza. Jeżeli skonstruujemy „fałszywe” narzędzie, jeżeli oprzemy naszą teorię zagotowania wody na herbatę na fałszu, to tej wody nie zagotujemy. W działaniach, które podejmujemy, żeby dostosować do naszych potrzeb siły i zjawiska przyrody, kryterium prawdy i fałszu jest proste. Jeżeli postrzegamy coś w fałszywy sposób, to nasze działanie jest nieskuteczne i mamy natychmiastową odpowiedź. Natomiast w świecie wewnętrznych przeżyć i w sferze myślenia o moich problemach, sprawach, priorytetach i decyzjach nie ma takiego jasnego kryterium prawdy i fałszu. Toteż po to, by dobrze zasypiać, możemy bardzo się okłamywać. Ów fałsz jest częścią naszego życia powodującą, że nie możemy nim kierować, bo właśnie na fałszu opieramy przeświadczenie o tym, co powinniśmy zrobić. Na to wskazuje druga część pierwszego kroku. Mówi mi ona na co dzień, że ja nie jestem Panem Bogiem. To jest dosyć prosta informacja, którą bardzo trudno mi było uzyskać i jej się trzymać przez pierwsze trzydzieści osiem lat życia i jeszcze z pięć lat trzeźwienia. W tej perspektywie następuje drugi krok, o którym chcę opowiedzieć, bo myślę, że też jest niedoceniany.

Zdrowe myślenie

Drugi krok jest niestety źle przełożony na język polski — piszę o tym, ponieważ po części odpowiadam za jego złe przetłumaczenie. Brzmi on: „Uwierzyliśmy, że Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie”. W oryginale angielskim czytamy: restore us to sanity. Sanity nie oznacza zdrowia, lecz pewną jego część. Najlepiej byłoby to przetłumaczyć jako „zdrowie umysłowe”, ale wtedy, kiedy to tłumaczyliśmy, pewien psycholog powiedział, że nie ma „choroby umysłowej”, więc nie ma też „zdrowia umysłowego”, a byliśmy wtedy jeszcze za mało asertywni, żeby go posłać do diabła. Otóż po rosyjsku jest to wspaniale przetłumaczone: zdrawumyslje. O to właśnie chodzi, wierzcie mi. W drugim kroku chodzi o zdrowe myślenie. Na czym polega chore myślenie? Istotą alkoholizmu jest zakłamanie, a to nie jest nic innego, jak chore myślenie — myślenie oparte na fałszu.

Drugi krok mówi o całej gamie środków i sposobów, które mamy zastosować, żeby przebić się przez mur zakłamania, zaprzeczania, obwiniania innych, użalania się nad sobą, szukania wytłumaczenia naszego zachowania i zobaczyć prawdę! Sam nie mogę sobie przywrócić zdrowego myślenia. Jeżeli ktoś widzi siebie w fałszywym zwierciadle, to musi zobaczyć w niefałszywym, i to ktoś inny musi je przed nim postawić. Na tym właśnie polega siła wspólnoty Anonimowych Alkoholików, a także każdej innej wspólnoty opartej na uczciwości. Dlatego w Wielkiej księdze 1 w rozdziale piątym napisano, że tylko jeden rodzaj ludzi nie może tego programu przyjąć, mianowicie tacy, którzy są konstytucyjnie niezdolni do życia w rygorystycznej uczciwości wobec samego siebie. Bywają tacy nieszczęśnicy, ale oni też mają szansę. Chodzi o to, aby się tej uczciwości nauczyć. Nie dotyczy to jedynie alkoholizmu.

Dwadzieścia trzy lata nie piję i w wielu sprawach niedotyczących alkoholizmu, ale odnoszących się do moich postaw społecznych i politycznych, relacji z córką, z żoną, z bratem, widzę, jak łatwo wpaść w pułapkę zakłamania, obwiniania kogoś, litowania się nad sobą: „jaki ja biedny… ”. Nie dotyczy to tylko alkoholików, ale każdego człowieka. Jako alkoholik muszę, a jako trzeźwiejący alkoholik mam to szczęście, że mogę się z tej pułapki wydobywać, jeżeli na co dzień będę podejmował drugi krok. Jeżeli zadam sobie wieczorem pytanie, czy w czymś siebie nie okłamałem (bo innych ludzi okłamać jest trudniej). Czy rzeczywiście patrzę na świat taki, jaki jest, czy może, obwiniając kogoś o coś, próbuję rozwiązać własny problem. To jest potężny krok naprzód, bez którego trudno zachować trzeźwość, ale też taki, dzięki któremu łatwiej na co dzień żyć.

Jest bardzo wiele pułapek, które na samych siebie zastawiamy, a ci, którzy są alkoholikami lub koalkoholikami (osobami współuzależnionymi — przyp. red.) wiedzą, jak bardzo mamy w tym wyćwiczony umysł. Umiemy minimalizować nasze przyczynianie się do własnych trudności, obwiniać innych, szukać wytłumaczeń w rodzaju: „zrobiłem to, bo musiałem” itp. Jest to wielka pułapka i wydobywanie się z niej bardzo pomaga w życiu. Potrzebne jest tu jednak „lustro” drugiego człowieka, „lustro” grupy, i to zarówno w odniesieniu do alkoholu, jak i do spraw dnia codziennego.

Bóg, jakkolwiek Go nie rozumiem

Przychodzi pora na trzeci krok. Jest on naprawdę prosty. Polega na przyjęciu, że jest Bóg i że to nie jestem ja. Istnieje Bóg, „jakkolwiek Go rozumiemy”, a ja, na użytek Dwunastu Kroków, wolę mówić „Bóg, jakkolwiek go nie rozumiem”, bo jest to dla mnie zbyt trudne. Ważne, że On jest i że nie jestem Nim ja. Ktoś mnie kiedyś nauczył, a ja do dziś tak się modlę, żeby w modlitwie Ojcze nasz, w miejscu, w którym mówi się „przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja”, dodawać „a nie moja”. Żeby nie zapomnieć. Zawsze, kiedy słyszę: „bądź wola Twoja”, to dodaję półgłosem: „a nie moja”. Ewangeliści tego nie zapisali, bo może nie dosłyszeli. Może Jezus tego nie powiedział, ale oni powinni byli to dopisać… „Bądź wola Twoja”, a nie „moja”. Tylko o to chodzi. Zawsze bardzo chciałem, żeby w każdej sprawie była moja wola. Wola Boga też, oczywiście, ale raczej w wielkich sprawach, a w takich codziennych, czy np. ktoś ma zrobić mi kawę, czy mam ją sam zrobić, to chciałem, żeby była wola moja. Gdy była nie moja, to się wkurzałem, piłem, krzyczałem albo się złościłem.

Jest jeszcze jedna rzecz, do której doprowadziła mnie ta modlitwa. Nie wiem, czy to nie świętokradztwo, powiedzieć coś takiego w Kościele, ale ja Boga nie potrzebuję najpierw do zbawienia. Zrozumiałem, że na co dzień i aby żyć w trzeźwości, potrzebuję Go przede wszystkim po to, aby mi pomógł odróżnić to, czego chcę, od tego, czego potrzebuję. Sam nigdy tego nie umiałem. Bardzo dużo chciałem i gdy tego nie dostawałem, to byłem zły, biłem, piłem. Teraz mój Pan Bóg, jakkolwiek Go nie rozumiem, On, który mnie bardzo kocha, który mnie rozumie i szanuje, mówi: „Wiesz, Wiktor, chcieć możesz wszystkiego!”. („Chcieć” to już może być grzech, bo grzeszyć można przecież także myślą, ale nie mówię tu o grzechu, tylko o trzeźwości). Bóg mówi: „Chcieć możesz wszystko, ale Ja ci tego nie dam, bo tego nie potrzebujesz”. I kiedy, na przykład, spotkała mnie jakaś przykrość, ktoś mi czegoś odmówił albo przeżywałem frustrację, to kiedyś biłem, piłem, a teraz, choć jeszcze nie zawsze, bo czasem jeszcze krzyczę, coraz częściej siadam i myślę: „Chyba Stary ma dzisiaj wobec mnie jakieś inne plany”. Jakie to mogą być plany? Uznał, że czegoś nie potrzebuję. I rzeczywiście tak jest, że zawsze ma jakieś plany. Przeczytałem o tym u ks. Jana Twardowskiego:
Nie płacz w liście nie mów, że los ciebie kopnął nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia kiedy Bóg drzwi zamyka — to otwiera okno. (Kiedy mówisz)
Jaka w tym jest głębia! Przez drzwi można wejść albo wyjść, a przez okno można wyfrunąć! To jest zawsze coś wielkiego, to jest zaproszenie do czegoś wspanialszego, do pięknego widoku, bo przez okno się nie wychodzi. Są tacy, którzy wyszli, ale przeważnie się nie wychodzi, przez okno się wyfruwa. O to chodzi w trzecim kroku.

Teraz to spokojnie mówię, ale oczywiście są momenty, kiedy jestem jak galareta, powiedziałbym „w nawrocie”. Wtedy jest mi o wiele trudniej i często o tym, czym się tu dzielę, zapominam. Gdy przeżywam emocjonalne wzburzenie, to warto wtedy usiąść w fotelu, wziąć kartkę i napisać albo nawet w myślach wymienić pięć rzeczy, za które mogę być Bogu wdzięczny. Robię to w tej konkretnej chwili. Nie można naraz przeżywać złego i dobrego uczucia, więc to złe, dolegliwe dobrze jest wypchnąć za pomocą jakiegoś dobrego. Wdzięczność jest właśnie takim uczuciem.

Ku światu i ku ludziom

Krok czwarty jest bardzo trudny i skomplikowany. Każdy, kto przed nim staje, się go boi. Zrobiłem go kiedyś niestarannie, potem nadmiernie starannie, a dzisiaj wiem, że on się sprowadza do prostych rzeczy. Do tego, żeby codziennie przejść przez własne życie i zobaczyć, czy kogoś nie skrzywdziłem, czy nie zrobiłem krzywdy samemu sobie. Dojrzeć własną wadę, ale również, co bardzo ważne, dojrzeć własną zaletę. Przede wszystkim warto zobaczyć, czy lepiej sobie radzę z czymś, co kiedyś uznawałem za wadę.
Piąty krok to wyjście od siebie samego ku światu i ku ludziom. Jestem alkoholikiem, to znaczy, że jestem człowiekiem, który chętnie ucieka w samotność i sekretność, który ma wielki kłopot z dzieleniem się swoimi problemami, uczuciami i rozterkami z innymi ludźmi; człowiekiem, który pozostaje często w takim sekrecie i tajemnicy i któremu trudno się otworzyć. Ów piąty krok mówi mi, że do drugiego człowieka mogę wyjść tylko na dwa sposoby: otwierając się albo słuchając, czyli poświęcając drugiemu człowiekowi uwagę.

Piąty krok jest obustronny, bo kiedy od kogoś odbieram piąty krok, to daję mu najtrudniejszą i najważniejszą rzecz, jaką człowiek może dać drugiemu, czyli uwagę. Kiedy sam otwieram się i mówię, to uzyskuję od niego uwagę, a jednocześnie, jeżeli mówię coś, co naprawdę jest ważne i istotne, przerywam tajemnicę, sekret i wiążę się z innymi ludźmi. To jest oczywiście ważny krok w trzeźwieniu, ale ważny także na co dzień i na co dzień trudny.

Niedawno zmarła moja mama i bardzo to przeżywałem, bardzo cierpiałem, ale wielkiej liczbie osób, które znam, z którymi pracuję, nie potrafiłem tego powiedzieć, kiedy się spotkaliśmy. One i tak się dowiedziały. Nie potrafiłem… Była we mnie postawa: „A co ja im będę głowę zawracał” swoim zmartwieniem. Akurat sobie jakoś z tym radzę, ale daję taki dramatyczny przykład, bo to jest coś, co jest we mnie na stałe.

Ciężka praca i prośba do Boga

Szósty i siódmy, ósmy i dziewiąty to są dwie sekwencje ciekawych kroków, w których Boga o coś prosimy. W siódmym o to, żeby usunął nasze braki, w dziewiątym zadośćuczyniamy osobiście. W takim razie po co jest krok szósty i ósmy? Otóż bardzo ważne jest, żeby odróżnić ciężką pracę od aktu, który jest efektem tej pracy. Szósty krok to bardzo ciężka praca nad rozpoznaniem własnych wad i nad pozbyciem się ich. Najlepiej przydaje się do tego dziennik wad i pracy nad nimi. Mnie bardzo się przydał. Nie można nad wszystkimi wadami pracować naraz. Tylko nad jedną. To jest tak, jak w historii o stonodze. Stonoga ma sto nóg i kuleje na piętnaście. Człowiek może zacząć naraz leczyć piętnaście nóg i się pogubi. Stonoga kuleje na piętnaście nóg nie dlatego, że ma piętnaście nóg chorych, tylko dlatego że choruje jej centralny układ nerwowy. Gdy zostanie podleczona jedna noga, to pozostałych czternaście funkcjonuje sprawniej. Tak też jest z naszymi wadami. Zacznij pracować nad nietolerancją, a zobaczysz, że jesteś bardziej cierpliwy. Zacznij pracować nad złością, a zobaczysz, że się mniej boisz. Tylko pracuj nad tym. To jest krok pracy. Potem oczywiście następuje krok decyzji, kiedy proszę Boga, żeby usunął moje wady. Skoro Go o to proszę, to znaczy też, że nie wytwarzam pokus, które wcześniej te wady ujawniały czy pozwalały im działać.

Podobnie jest z krokiem ósmym i z dziewiątym. W ósmym bardzo usilnie pracuję, żeby spojrzeć na ludzi, których skrzywdziłem, i przypominam sobie, kiedy ich skrzywdziłem. W dziewiątym zadośćuczyniam im osobiście. To zadośćuczynienie było dla mnie trudne. „Zadośćczynię” to nie znaczy „przepraszam”. Kiedy kogoś przepraszam, moją intencją jest to, żebym się lepiej poczuł. Jeżeli komuś chcę zadośćuczynić, to moją intencją jest, żeby on się lepiej poczuł. On ma prawo mnie wyrzucić. Ma prawo zrobić, co zechce; nie mogę niczego od niego oczekiwać, jeśli naprawdę mam zadośćuczynić.

Przeżyłem bardzo trudne doświadczenie, ponieważ człowiek, któremu zawdzięczam trzeźwość, u którego mieszkałem w ostatnim okresie picia, który był moim przyjacielem i któremu w czasie ostatniego ciągu pijackiego musiałem coś strasznego powiedzieć, obraził się na mnie. Wytrzeźwiałem i przez dwadzieścia dwa lata dzwoniłem do niego, pisałem i chciałem mu zadośćuczynić, a on nie chciał ze mną rozmawiać. W zeszłym roku spotkaliśmy się prawie przypadkiem i jeszcze raz go poprosiłem, a on przyjął moje zadośćuczynienie. Była to dla mnie wielka ulga. Jak każdy alkoholik uczyniłem też wiele krzywd kobietom, dlatego dzisiaj w tym, co robię, jestem tak bardzo wrażliwy na równość płci. Nie mogłem oczywiście przyjść do tych kobiet i zadośćuczynić im. Pamiętam, że w zupełnie innej sytuacji musiałem stanąć przed czternastoma innymi kobietami i prosiłem je o przyjęcie zadośćuczynienia w imieniu tamtych, które skrzywdziłem. To była jedna z rzeczy, których najbardziej w życiu się bałem. Wybaczyły mi i przyjęły moje zadośćuczynienie. Zadośćuczynienie na co dzień wymaga oczywiście również takiej uwagi i odwagi, ale bardzo pomaga, bardzo jest ważne. Bardzo.

Szukanie Boga na czczo

Dziesiąty krok to jest krok czwarty na co dzień i o nim już mówiłem. Następny, jedenasty krok również jest ważny. Mówi o tym, że poprzez modlitwę i medytację szukam coraz doskonalszej więzi z Bogiem, prosząc o poznanie Jego woli wobec mnie i o siłę do jej spełnienia. Jestem już długo w AA, dość długo jestem trzeźwy i rzadko chodzę na mityngi, w których kiedyś uczestniczyłem bardzo często. Teraz idę tam zawsze wtedy, kiedy ktoś mnie prosi, żebym go wprowadził do AA, albo wtedy, kiedy mam problem i wiem, że mogę z nim pójść do AA. Zawsze uczestniczę w anglojęzycznym mityngu w Budapeszcie, gdzie pracuję przez miesiąc w ciągu roku i żyję wtedy w dużym poczuciu izolacji, bo nie znam węgierskiego.

Natomiast poza tymi sytuacjami rzadko biorę udział w mityngach AA. Ale od dwudziestu trzech lat codziennie rano przez godzinę, gdziekolwiek bym był, czytam fragment Ewangelii i którąś z książeczek wydanych przez AA. Od jakiegoś czasu codziennie rano czytam też jakiś wiersz i oglądam jakąś ładną reprodukcję obrazu. Ktoś w AA powiedział mi też, że Boga, jakkolwiek Go rozumiem, trzeba szukać rano, na czczo, póki sprawy tego świata nie zajmą należnego Mu miejsca w umyśle i w emocjach. Przyjąłem to, tak postępuję i bardzo mi to pomaga. Doszedłem do wniosku, że tak naprawdę, to mamy chyba tylko trzy albo cztery ważne sprawy w życiu. Na wszystkie pytania z nimi związane znajduję odpowiedź w książkach medytacyjnych, które czytam. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, Dzień po dniu… Może nie we wszystkich, ale w którejś z nich znajduję coś na temat problemu, który mnie nurtuje. Tak było od samego początku. W 1983 roku podróżowałem z żoną. Byłem wtedy zaledwie kilka miesięcy trzeźwy. Zatrzymaliśmy się w hotelu w Kordobie i tam, pierwszego grudnia 1983 roku obudziłem się przerażony, ze straszliwym krzykiem. Żona zapytała, co mi jest, a ja jej odpowiedziałem: „Śniło mi się, że piłem”. Ona na to: „Nie denerwuj się, tylko ci się śniło, że piłeś!”. Stwierdziłem: „No tak, ale w takim razie na pewno się zaraz upiję, tak mi mówili, że gdy pojadę w podróż, to zamiast siedzieć na mityngach na pewno się upiję!”. Byłem przerażony. Wtedy żona dała mi kawę czy herbatę, posadziła mnie w fotelu, a ja wyjąłem książki, które już wtedy czytałem… Sprawdźcie sami, w Dwudziestu czterech godzinach na dobę, pod dniem pierwszego grudnia jest napisane mniej więcej tak: „Wasza podświadomość w dużym stopniu także jest uzależniona od alkoholu. Czasami nawet długo po zaprzestaniu picia będzie się wam śniło, że piliście alkohol. Ale to tylko sen”. To było piętnaście minut po tym, gdy właśnie mi się to śniło. I od tej pory wszystko tak mi się składa.

Cztery główne problemy, które mamy, to problem poczucia własnej wartości; problem stosunku do Siły Wyższej, transcendentnej; problem miłości, czyli relacji z drugim człowiekiem i problem ograniczania własnych lęków i złości, która może lękowi towarzyszyć albo go skrywać. Reszta to tylko inne twarze, inne maski tych problemów. I w tych książkach jest na to odpowiedź.

Posłani do innych alkoholików

Krok dwunasty jest ważny jako przebudzenie duchowe w rezultacie poprzednio uczynionych kroków. Wtedy zostajemy posłani do innych alkoholików. Najważniejsze jest to „w rezultacie”, które wskazuje, że chodzi o pewien proces. Nie jest tak, że po prostu pójdę do AA i wytrzeźwieję. Albo że kiedy mam jakiś problem, to następnego dnia obudzę się wolny od niego. Muszę podjąć wobec tego problemu kroki i przebudzić się duchowo w ich rezultacie. Na samym początku tej drogi ktoś mi powiedział: „A co ty myślisz — gdy pijany drań przestaje pić, to się staje aniołem?”. Nie, on się staje trzeźwym draniem i ma teraz całe życie na to, żeby przestał być draniem.

Sformułowanie: „w rezultacie” niesie ze sobą być może najważniejsze przesłanie. Co ono oznacza? Uczy mnie cierpliwości wobec siebie samego. Mam bardzo dużo wad, ale już akceptuję i kocham te wady. One są częścią mnie. Nie muszę działać pod ich wpływem, nie muszę innym czynić krzywdy. Ani sobie. Ale wtedy to już nie są wady, to są po prostu moje cechy. To jest wielki dar, który otrzymałem od AA. Jest to „dar codzienny”, który dostałem i którym mogę się podzielić. I to jest właśnie dwunasty krok, który robię nie dla was, tylko dla siebie.




WIKTOR OSIATYŃSKI ur. 1945, dr hab. prawa, dr socjologii, konstytucjonalista, członek Komitetu Nauk Politycznych PAN, wykładowca uczelni polskich i zagranicznych, współpracownik Komitetu Helsińskiego w Polsce, jeden z założycieli Komisji Edukacji w Dziedzinie Alkoholizmu i Innych Uzależnień przy Fundacji Batorego, autor wielu książek z różnych dziedzin, propaguje program leczenia uzależnień oparty na Dwunastu Krokach.
"Gdy wiosna przychodzi , trawa rośnie sama . "

Za ten post autor lulla otrzymał podziękowanie od
bohusz(31 lip 2013, 18:24)
Ocena:25%
 
Awatar użytkownika
lulla
Moderator
Moderator
 
Posty: 6528
Zdjęcia: 9
Rejestracja: 24 gru 2005, 10:40
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował : 30 razy
Otrzymał podziękowań: 13 razy

Wróć do Wiktor Osiatyński

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości