Strona 1 z 1

"Narcyz i ja"

Nieprzeczytany postZamieszczono: 13 lis 2013, 12:26
autor: lulla
Polecam dobry artykuł.

Jola


Narcyz i ja.
Monika Tytak-Goll



Jest taki okrutny eksperyment, który bada reakcje myszy rażonej prądem. Jak raz nim dostanie, drugi raz nie pójdzie w to samo miejsce. Ale kiedy prąd wali raz tu, raz tam, zwierzę przestaje się ruszać. Jest ogłupiałe. Kuli się. Ze mną było tak samo




Ja, mnie, o mnie

On jest elokwentny, świetnie wykształcony, przedsiębiorczy. Ona podobnie.





Kiedy się poznają, na naukowej konferencji, N. robi na Ewie ogromne wrażenie. Charyzmatyczny, przystojny, a do tego człowiek orkiestra. Zna języki, gra na pianinie, filmuje, biega. Otwiera się przed nią już na pierwszym spotkaniu. Bardzo dużo opowiada, głównie o sobie. Mówi: ja biolog, ja psycholog, ja filmowiec, no więc ja, taki ja. Nie jest zainteresowany tym, co Ewa. Nie zadaje jej pytań. Ale Ewa bierze to za dobrą monetę. Siedzi zasłuchana i oczarowana, myśli: poznałam wspaniałego mężczyznę.

N. opowiada, jak robił doktorat, jak zdobył stypendium na prestiżowej uczelni za granicą. Mówi o swoich problemach z żoną, o tym, że każdy chciał mieć ostatnie zdanie i jak mocno cierpiał, kiedy wyrzuciła go z domu z błahego powodu: bo nie chciał pójść po pieluchy. Nie rozumiała, że N. musi skończyć referat. Opowiada, że żona była zasadnicza, nerwowa, sfrustrowana. Bierze też winę na siebie: był wtedy niedojrzały, teraz zupełnie inaczej myśli o świecie. N. jest po rozwodzie, ma dziecko, którego nie chciał, nie zaplanował, nie jego decyzja i nie po jego myśli. Kiedy pierwsza żona N. zaszła w ciążę, wściekł się. Miał taki żal, że przez pierwszy miesiąc nawet nie dotknął synka.

Ewa nie dogaduje się z mężem od dawna. Ich drogi się rozchodzą. Są razem od dziesięciu lat, mają dwójkę dzieci, Ewa mówi N., że tylko one łączą ją z mężem, w związku brakuje zrozumienia, nie spędzają razem czasu, żyją obok siebie. Z N. Ewa od początku może rozmawiać godzinami, mają wspólne pasje: narciarstwo, paralotnia, podróże. Zaczynają się spotykać, razem wyjeżdżają. Bez ustanku w kontakcie: SMS-y, Skype, telefony. Nie ma chwili, by Ewa nie myślała o N. A myśli bardzo poważnie.

Po dwóch miesiącach decyduje o rozstaniu z mężem. Swoje życie chce związać z N. Spędzają wieczór, na którym planują wspólną przyszłość. Ewa wraca do domu cała w skowronkach. Następnego dnia telefon. Dzwoni N.: - Urywam kontakt. Nie mogę w tym uczestniczyć. Rozbijam wasze małżeństwo, nie powinienem. - Co, jak to? - Nie mam ochoty o tym rozmawiać.

Ewa zostaje z telefonem w ręku, skołowana. Nie rozumie, płacze, nie może się pozbierać. Dwa dni później N. dzwoni: - Nie mogę bez ciebie żyć. Jesteś najważniejsza. Wyjedź ze mną.

Takie huśtawki to część życia z N. Najpierw odtrąca Ewę, a potem bezgranicznie ją kocha. Ewa: - Nie wiem, dlaczego dałam się w to wkręcić. Do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć.

Tylko podziw

Ewa przeorganizowuje swoje życie tak, by było w nim miejsce dla N. Do tej pory koncentrowała się wyłącznie na dzieciach. Żeby włączyć N. w życie rodziny, zaprasza go na wspólne obiady, wyjścia, wieczorne czytanie książek dzieciom. Próbuje pogodzić nową znajomość z rodziną, ale N. woli spędzać z nią czas sam na sam. Żąda dla siebie coraz więcej miejsca.

Ewa to rozumie, była wychowana tak, by odpowiadać na potrzeby innych, zawsze się dzielić, wyciągać rękę, kiedy ktoś potrzebuje pomocy, nie odmawiać. Rodzice okazywali jej dużo miłości i ciepła.

N. wychowywany był inaczej: zawsze liczył się tylko on, choć miał też rodzeństwo. Rodzice byli wpatrzeni w syna. Od najmłodszych lat N. wyróżniał się spośród innych. Najlepszy w szkole, do czegokolwiek się wziął, odnosił sukcesy. Jako dziecko budował skomplikowane modele statków. A przy tym był skromny, delikatny. Rodzice chwalili, że jest genialny, najzdolniejszy, wybitny. Zapewniali, jak mogli, by się rozwijał. Choć nie byli zamożni, wysyłali na obozy sportowe, naukę języków.

Być może zabrakło odpowiedniej porcji czułości? Może rozmowy o rozwijaniu zdolności zastąpiły troskę i ciepło? W chwilach otwartości N. opowiadał Ewie: - Nie pamiętam, by rodzice się ze mną bawili, śmiali. Zawsze byłem sam.

W zamian N. zawsze mógł liczyć na zachwyt nad swoimi talentami. Zachwycali się monologami, które wygłaszał.

Telefony do Ewy to właśnie takie monologi: co N. czuje, co N. myśli, co N. uważa. Ewa słucha, zwykle się zgadza. N. miewa różne nastroje. Łatwo wytrącić go z równowagi. Ewa nie potrafi przewidzieć kiedy. We wtorek mówi jej, że jest kobietą jego życia, idealną. W czwartek dzwoni: - Nie chcę cię widzieć. I absolutnie nie mam ochoty oglądać twoich dzieci.

- Czułam się z tym fatalnie. Zaczynałam myśleć, że nie powinnam wchodzić z nim w związek. Nie z człowiekiem, który tak mówi o moich dzieciach. Ale potem dzwonił, przepraszał, że jest mu przykro, że nie wie, co się z nim dzieje, dużo pracy w agencji, nerwy. Przyjmowałam go z powrotem - mówi Ewa.

Ten mechanizm powtarza się notorycznie. - Taki już jestem, najwyraźniej nie umiem zbudować z tobą związku, może powinienem z kimś innym, może ja z tobą nie potrafię żyć? - mówił N. Po takich słowach Ewa wpada w przygnębienie.

- Zaskakiwał mnie okrucieństwem. Mówił kategorycznie: "Z tobą jest coś nie tak. Powinienem szukać dalej". A ja nie wyobrażałam sobie, by odszedł. Co ja takiego zrobiłam? Pytałam dlaczego, a on tłumaczył, zawsze racjonalnie, czemu to nie ma sensu: bo poświęcam mu za mało czasu, bo nie dbam o związek. Był wtedy chłodny, odwracał się do ściany, czasem milczał. Zawsze, kiedy mówiłam: "OK, rozstańmy się", z jego strony następował wzmożony kontakt. Wysyłał SMS-y, przepraszał: "Nie gniewaj się, spróbujmy jeszcze raz, nie widzę świata poza tobą, ćwiczę jogę tak jak ty, by być bliżej ciebie". Nie dawał mi odejść. Ja mówiłam, jak mi smutno, on pocieszał, przez jakiś czas byliśmy razem w tym smutku, a potem się godziliśmy. Wydawało mi się, że trochę za dorośli jesteśmy na takie huśtawki. Z drugiej strony chciałam po prostu z nim być. Wiedziałam, że kiedy nie ma humorów, jest czuły, delikatny, wesoły. Świetnie się nam wtedy rozmawiało. Znajomi się nim zachwycali.

Pewnego dnia N. mówi Ewie, że nie będzie spędzał ferii z jej dziećmi, to strata czasu, woli pojechać na narty sam. Ewa notuje w kalendarzu: "Mam nadzieję, że nigdy nie stanę się taka okrutna jak ty".


Na wyłączność

N. uważa swoje sprawy za wyjątkowe. Nigdy nie odpuszcza. Jest doktorem biologii, pisze artykuły naukowe, konferencja bez niego się nie obejdzie, musi jechać. Plener filmowy, obecność N. obowiązkowa, filmuje sporty ekstremalne, głównie narciarstwo. Wszędzie chce być najlepszy. W agencji reklamowej zawsze na posterunku. Nigdy niczego nie zawala.

N. chce być z kimś blisko, ale jak już jest, to tego kogoś odtrąca. Boi się, że w tym czasie straci coś innego, lepszego, a ma takie możliwości. Mówi o tym bez żenady.

Planują z Ewą weekend, wstaje rano i nagle: "Jadę na zdjęcia, będę z powrotem o 11.30". Próbuje znaleźć czas na wszystko. Związek staje się szarpany, N. ciągle ma swoje plany, musi coś robić, gdzieś się realizować. Ewa nie ma prawa działać w ten sam sposób. Każde jej spóźnienie, nieodebrany telefon, brak czasu są rozliczane.

N. lubi powiedzieć: "Przyjaciółka ważniejsza niż ja?", "Zawsze planujesz coś z dziećmi, a kiedy miejsce dla mnie?", "Praca? W tym momencie?", "Nie wyobrażam sobie, że wychodzisz akurat wtedy, kiedy ja mam dla nas czas".

Dzieci Ewy, zwykle otwarte i towarzyskie, traktują go z dystansem. Nie lubią, gdy przychodzi. Mało się z nimi bawi, otwiera notebooka i siedzi z nosem w komputerze. Chętnie bawią się za to z jego synem, kiedy go przyprowadzi; ale gdy N. przyjdzie sam, zamykają się w pokoju.

N. lubi mieć wszystko pod kontrolą. Nie mieszka jeszcze z Ewą, więc SMS-y zaczyna wysyłać jej codziennie już od 7 rano: "Jak spałaś? Czy już się ubierasz? Wyszłaś z domu?".

Jeżdżą do pracy razem, ale o godzinie, która pasuje N., więc Ewa do swojej pracy notorycznie się spóźnia. N. chce ją widzieć zawsze wtedy, kiedy ma na to ochotę. Ewa ciągle dostaje wiadomości: podjedź tu, podjedź tam. Raczej nie odmawia. Wie, że każdy sprzeciw będzie budzić niezadowolenie.

- Jak dzieci mają potrzebę, bym je przytuliła, lecę przytulić. Tak samo wychodziłam naprzeciw jego potrzebom. A z drugiej strony, kiedy ja o coś prosiłam, zawsze było: "Nie mam czasu, inne plany". Problem N. jest taki, że on w ogóle nie umie patrzeć przez pryzmat potrzeb innych - mówi Ewa.

W pracy musi codziennie znaleźć pół godziny na kawę. Bo N. tak chce. Kawa często nie kończy się dobrze. Choćby dlatego, że Ewa musi zaraz wracać, a to nie podoba się N. Krzywi się, odwraca, Ewa ma poczucie winy. Wraca do pracy, ale myślami jest już gdzie indziej. Nie jest w stanie rozmawiać z koleżankami. Rozpamiętuje, co zrobiła nie tak, czym go uraziła. A urazić go bardzo łatwo. Ewa wylicza: za dobrze bawiła się w towarzystwie przyjaciół, za dużo czasu spędzała z dziećmi, nie zaprosiła go na obiad, krzywiła się, kiedy zorganizował wyjście do kina, bo akurat nie miała ochoty. N. nie lubi usłyszeć od niej "nie chce mi się". Ewa we własnym domu boi się zdrzemnąć. Kiedyś spróbowała, N. przyszedł za nią: "Znudziło ci się spędzanie czasu ze mną?".

- W takich chwilach myślałam: a może on ma rację? Człowiek zaczyna obsesyjnie myśleć, co zrobił źle. Powinnam zadzwonić czy nie? Czy on to zrobił specjalnie? Dlaczego odwraca się, nie odpowiada? Albo mówi: "Jesteś nienormalna, to twoja wina". Każdy moment życia jest zepsuty przez myślenie o tym. Byłam przerażona sobą, zmieniłam się. Nie było już tej pozytywnie nastawionej do świata dziewczyny - opowiada.

N. często wyjeżdża w delegację. Tylko wtedy Ewa ma czas, by wypić herbatę z sąsiadami, pobawić się z dziećmi, jak długo chcą, wyjść z przyjaciółką.

- Ktoś mi powiedział kiedyś: "Pokaż chociaż jedno zdjęcie z tych lat, na którym się uśmiechasz".

Na pierwszym miejscu

Wspólne mieszkanie miało być receptą dla związku. Ewa myślała, że życie z N. stanie się wtedy spokojniejsze. To było myślenie z gatunku: jak będziemy mieć dziecko, to się poprawi.

Ewa: - Nigdy nie czułam się bardziej zestresowana niż wtedy. Doskonale pamiętam moment, gdy otwierają się drzwi, wszystko we mnie tężeje, bo nie wiem, w jakim nastroju N. wróci do domu. Bałam się powiedzieć, że mam pracę do zrobienia. Kiedy mówiłam: "Wieczorem muszę usiąść do komputera", natychmiast słyszałam: "Komputer ważniejszy ode mnie?". Bałam się powiedzieć, że chcę pójść coś załatwić. Gdy to mówiłam, była obraza, chłód, jakby obcowało się z kawałkiem lodu. Siedziałam w pracy dłużej, żeby nie zabierać niczego do domu, ograniczałam wszystkie punkty zapalne. Wspólne mieszkanie spowodowało, że nasza przestrzeń zupełnie się wymieszała. Nie mogłam się od niego uwolnić. Z jednej strony musiałam być do jego dyspozycji, z drugiej zaskakiwał mnie: wyjeżdżam, wychodzę, nie wracam.

Któregoś dnia Ewa idzie na spotkanie z koleżanką. N. nie jest zachwycony. Ewa nie mówi, o której wróci. N. zamyka drzwi i nie wpuszcza jej z powrotem do jej własnego domu. Jest na Ewę zły. Przetrzymuje ją na klatce schodowej przez godzinę. Ewa grozi, że wezwie policję, dopiero wtedy N. otwiera. Przeprasza, godzą się.

N. zawsze dba o swoje. Podczas wspólnych zakupów dokładnie wszystko liczy, bo dotyczy to jego pieniędzy. Nie chce być wykorzystywany, nie będzie dzieciom Ewy kupował jogurtu, z jakiej racji. Każe liczyć, ile nocy spał u Ewy, bo jak ma się dokładać, to proporcjonalnie i sprawiedliwie. Nie mają wspólnego konta, zrzucają się jedynie na wyjazdy bez dzieci, ale i wtedy dzielą koszt benzyny na pół. Kiedy wybierają się gdzieś z dziećmi, N. uważa na każdą wydaną złotówkę. Nie rozumie, o co chodzi Ewie, dlaczego to poniżej pasa.

Ewa opowiada o N. najbliższej przyjaciółce. O tym, jak ją traktuje, tłamsi, nie cierpi jej dzieci. Słyszy: "On cię wykończy, musisz się z nim rozstać". Przytakuje.

Za dwa tygodnie przyjaciółka dzwoni, pyta, jak Ewa się trzyma po rozstaniu. - Nie rozstaliśmy się. N. miał przejściowe kłopoty. Teraz jest bardzo dobrze. Może dlatego, że przestraszył się, że mnie straci?

Rzeczywiście - kiedy N. słyszy, że Ewa w końcu go zostawi, kaja się, wyznaje jej miłość, chce się żenić. Znowu potrafią przegadać godziny, śmiać się, kochać.



Ewa dwa razy opowiada przyjaciółce o problemach z N. Potem przestaje. - Było mi przed nią wstyd. A z drugiej strony czułam się jak w matni, nie umiałam z tego wyjść.

Ewa i N. często wyjeżdżają. Najdłuższa podróż - na miesiąc bez dzieci do Kanady. Pierwsze dni cudowne, piją wino, śpią w namiocie, zwiedzają. Po pięciu dniach N. dostaje szału, nic mu się nie podoba. - Jak ty prowadzisz samochód? Przestań hamować, nie skręcaj w prawo!

Wszystko mu przeszkadza, zaczyna być w tym okrutny. - Kochamy się wieczorem, mówi: "Seks już nie taki sam, ale gimnastyka się przyda". Następne dwa tygodnie są dla mnie traumatyczne, codziennie słyszę: "Po co wymyśliłaś ten wyjazd?!". Był zły, że tyle czasu do odlotu. W ogóle nie pamiętam Kanady. Pod koniec wspomniałam, że mam dosyć. Wtedy przyklejał się, tłumaczył, dlaczego tak postępował. Zaczynałam mu wierzyć, taka osoba znajduje tysiące uzasadnień, żeby pokazać, że nie było tak, jak było: bo ty się wtedy skrzywiłaś albo nie odpowiedziałaś. Wszystko zostaje usprawiedliwione. Zaczynasz się zastanawiać: może rzeczywiście tak było? Ostatni tydzień wyjazdu spędzamy cudownie, kochamy się jak nie wiadomo co.

Twoja wielka, wielka wina

Po dwóch latach związku Ewa waży o 5 kg mniej. Przyjaciółka mówi jej, że wygląda na 50 lat, a ma 40. Jest szara, zmęczona, podenerwowana. N. ciągle wkłada Ewie do głowy, że wszystkiemu jest winna, kwestionuje najprostsze jej decyzje. Jak kupuje kanapę, to nie w tym kolorze, jak wybiera krzesła, to nie z tego drewna. Kiedy kanapa się zapada, N. rzuca: "Mówiłem, że to nie jest dobry pomysł?".

- Był mistrzem manipulacji i argumentacji. Doprowadził mnie do skrajnej nerwicy. W najgorszych okresach miałam myśli samobójcze. Czułam się jak te myszy porażone prądem, nie wiem, gdzie pójść, by było dobrze. Na zmianę dostawałam komunikat: jesteś najcudowniejsza, a potem: jesteś beznadziejna. We wszystkim mi pokazywał, co robię źle: złe podejście do pracy, dzieci nie sprzątają, jestem niekonsekwentna.

Kiedyś Ewa spotyka koleżankę, która opowiada jej, że jest w związku z narcyzem.

- Okazało się, że oni robią tak samo, mówią tak samo, myślą tak samo. Świetnie obydwie rozumiałyśmy, jak uzależniająca jest ta miłość. I ciągle ma się nadzieję, że będzie lepiej, jak z alkoholikiem.

Po dwóch latach życia z N. Ewa postanawia pójść na terapię. Jest wykończona. - Terapeuci zrobią ci wodę z mózgu. Związek jest zaplątaną relacją. Co chcesz wyjaśniać? - perswaduje N.

Ewa pyta lekarza, co z nią nie tak, bo N. jest wiecznie z niej niezadowolony. Powtarza wszystkie jego słowa. I słyszy: - Może pani otworzy oczy i zobaczy, co się naprawdę dzieje. Czy pani rzeczywiście tak zrobiła, to powiedziała? To dlaczego pozwala pani sobie to wmawiać?

Przez następne dwa lata Ewa próbuje odejść od N. Jest pewna swej decyzji. Ale N. nie zamierza jej puścić. Bo jego się nie opuszcza. Któregoś wieczoru N. kładzie się na podłodze i płacze: że umrze, żeby go nie zostawiać. Taka rozdzierająca scena wzbudza w Ewie poczucie winy.

- Rozchodziliśmy się do pokojów, a moim głównym pragnieniem było pomóc mu i sprawdzić, czy dobrze się czuje - wspomina.

Terapia ją wzmacnia. Dowiaduje się, z czego wynikają huśtawki N., że to człowiek egocentryczny, nie widzi jej potrzeb, swojego dziecka, jej dzieci. Zaczyna mu to wytykać. N. boi się, że straci Ewę, więc też daje namówić się na terapię. Po jednym ze spotkań przysyła jej maila: "Jestem w szoku, usłyszałem twoje słowa z innych ust". Terapia zaczyna go zmieniać. Często rozumie swoje postępowanie. Ewa widzi, że walczy ze sobą, żeby czegoś nie powiedzieć, nie obrazić się. N. przestaje obwiniać o wszystko Ewę, a ona zaczyna go usprawiedliwiać - to nie jego wina, to wina tej osobowości.

N. częściej przeprasza, stara się zadośćuczynić, w mieszkaniu naprawia, maluje, kupuje szafę. Dostaje jednak kontrakt w Stanach, przerywa leczenie, wyjeżdża na pół roku.

Ewa: - Wyjechał, ale jakby siedział obok. Co dwie minuty SMS-y, maile, włączał się Skype. Ciągle prośba o coś, pytanie, żeby zająć mnie swoją osobą.

Dzieci Ewy cieszą się z długiej delegacji, nie chcą, żeby N. z nimi mieszkał. Dziesięcioletnia córka podpatruje kiedyś, że Ewa czyta komiks "Kochać zbyt mocno" o przemocy w związkach. Sięga po niego, zamyka się w sypialni przestraszona, że wzięła dorosłą książkę. Potem mówi Ewie: "To jest o tobie i o N.".

- Dzieci widziały, że raz jestem szczęśliwa, raz znękana. Kompletnie nie potrafiłam przewidzieć jego zachowań, a od tego zależały moje - mówi Ewa.

Nie to miałem na myśli

Na sylwestra N. zabiera Ewę do Berlina. Kawa, spacery, jest spokojnie i miło. N. ma w torbie drogą kamerę, którą niechcący zachlapuje wodą. Sprzęt przestaje działać, ale N. nie przeżywa, że zniszczyło się coś jego. Ewa jest dobrej myśli. Po powrocie słyszy: - Zepsułaś, proszę, żebyś poniosła koszty, zreperowała, wszystko załatwiła.

- Czemu ja?

- Bo to twoja wina. Ja wszystko robię porządnie, ty - byle jak.

Ewa: - A mógł zamiast ciągłego obwiniania mnie powiedzieć: "Dzisiaj mam gorszy nastrój". Zrozumiałabym. Terapia uświadomiła mu, że jest narcyzem, ale nie potrafiła zmienić jego postępowania. Wiadomo, nie każdy da się wplątać w związek z taką osobą. Ja bardzo liczę się z opinią innych, jestem konsultacyjna, miękka, może to spowodowało, że trudniej mi było wyjść z tego układu? Miałam dosyć, byłam na skraju. Poszłam do serwisu, wydałam tysiąc złotych na reperację kamery. Oddałam i powiedziałam, że dziękuję za wszystko. A on znowu: "Nie to miałem na myśli, wiesz, byłem zestresowany, uwielbiam ten sprzęt, jest dla mnie ważny". Nie miałam siły, by fundować kolejne dramatyczne przeżycia sobie i swoim dzieciom. Ale rozstanie z N. nie było łatwe. Nie mógł pogodzić się z tym, że to jego ktoś zostawia. Przychodził na siłę, potrafił siedzieć przed drzwiami, walić w nie. Pół roku zabierał swoje rzeczy. Dwa razy wracaliśmy do siebie, potem się rozstawaliśmy. W końcu dał spokój. Odetchnęłam, kiedy się wyprowadził. Dwie rzeczy dały mi siłę - dzieci i to, że zaczęłam radzić sobie bez niego. Wyjechałam na wakacje ze znajomymi, otoczyłam się przyjaciółmi.

Dziś Ewa ma siłę zrobić remont, trzy razy więcej zarabiać, dzieci zabierać to tu, to tam, mają superwakacje, a ona energię, żeby normalnie żyć. Stanęła na nogi, choć z takiego związku nie wychodzi się bez szram.

- Przede wszystkim bardzo trudno komuś zaufać. Moje poczucie bezpieczeństwa zostało podcięte. Ale przy tym wszystkim nie znam drugiej osoby, która by mnie tak kochała. On mnie w chory sposób potrzebował. A to, czego potrzebował w danej chwili, było najważniejsze. Nie umiał żyć inaczej. Ciągle za czymś gonił, człowiek tragiczny, który po drodze wykańczał bliskich.







źródło: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obc ... _i_ja.html

Re: "Narcyz i ja"

Nieprzeczytany postZamieszczono: 13 lis 2013, 12:36
autor: lulla
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,14824615,Zwiazek_z_narcyzem___kto_kogo_wybiera_.html

Jako suplement "Związek z narcyzem- kto kogo wybiera"


Rozmowa z Danutą Golec, psychoterapeutką

Co to jest narcyzm?

W potocznym rozumieniu narcyz to ktoś, kto jest mocno skupiony na sobie i nie zauważa potrzeb drugiej osoby. Nie lubię tego określenia, brzmi jak inwektywa. Rzucamy nim na lewo i prawo. Tak naprawdę każdy z nas ma w życiu okresy, kiedy jest skrajnie narcystyczny, choćby w czasie dojrzewania. Nastolatki często nie dostrzegają potrzeb innych i bywają skupione wyłącznie na sobie. Jeśli ktoś stale to przejawia, można mówić o rysie narcystycznym, który jeszcze nie musi być zaburzeniem. Bo sam narcyzm nie jest patologią. Pamiętajmy o tym. Wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu narcystyczni.

Psychoanalitycy widzą to tak: niemowlę ma początkowo dwa obiekty miłości, swoje ciało i matkę. To wyznacza dwa nurty miłości: do siebie - i to jest miłość narcystyczna - i do innej osoby - my to nazywamy w slangu psychoanalitycznym miłością do obiektu. Podkreślam, każdy z nas ma rys narcystyczny. Gdybyśmy go nie mieli, nie moglibyśmy w żaden sposób zająć się sobą. Wszyscy stajemy się trochę bardziej narcystyczni, np. kiedy jesteśmy chorzy, wtedy bardziej skupiamy się na swoim ciele.

To w czym problem?

Problem polega na narcystycznym zaburzeniu osobowości. Są pewne sytuacje, kiedy ten rys narcystyczny bierze górę i wypiera miłość do obiektu. Kochamy wówczas tylko siebie. Osoby narcystyczne wchodzą w związki, ale druga osoba traktowana jest jako ich przedłużenie, a nie jak ktoś odrębny.

Da się rozpoznać narcyza?

To nie jest takie proste. Podam skróconą definicję narcyzmu: wyraźnie zawyżona samoocena i przesadne wyczulenie na punkcie znaczenia własnej osoby. Ale uwaga, to nie tak, że jak ktoś jest tylko skupiony na sobie, to ma od razu narcystyczne zaburzenia osobowości. Żeby je stwierdzić, taka osoba musi spełnić przynajmniej pięć różnych kryteriów diagnostycznych.

Jakie to kryteria?

Patrzymy, jak reaguje na uwagi krytyczne - czy bardzo się złości i czuje straszliwie skrzywdzona. Czy wchodząc w związek z inną osobą, wykorzystuje ją, by osiągnąć swój cel. Zwykle przecenia siebie, wyolbrzymia osiągnięcia. Uważa swoje sprawy za wyjątkowe, mogą je zrozumieć tylko inni wybitni ludzie. Terapeuci patrzą, jakie ma fantazje, czy jest pochłonięta marzeniami o władzy i potędze, niekończących się sukcesach, o własnej błyskotliwości, wyglądzie, idealnej miłości, czy jest przekonana o swoich szczególnych prawach, bo często oczekuje nadzwyczajnego traktowania, uważa np., że nie powinna czekać w kolejce tak jak inni. W związku tylko ona ma prawo mieć słabszy dzień. Od otoczenia wymaga uwagi i podziwu, nie jest zdolna do empatii, nie rozumie uczuć innych, np. jest zła i rozczarowana, kiedy znajomy odwołuje zaplanowane spotkanie z powodu ciężkiej choroby, łatwo ulega zawiści.

Kto się godzi na związek z taką osobą?

No właśnie, to bardzo ważne, by powiedzieć, że wina nie leży wyłącznie po stronie osoby narcystycznej. To nie tak, że mamy kogoś okropnego, a po drugiej stronie ofiarę. Ta osoba w jakimś stopniu jest ofiarą, ale powinna zobaczyć, dlaczego się w to wpakowała i jaki miała wkład w relację. To boli.

Kiedy ludzie dobierają się w związku, tworzą coś, co nazywamy koluzją. Coś w tym układzie jest takiego, że obu stronom w pewnym sensie to służy. Może ktoś chciał podłączyć się pod wielkościową osobę, która obiecuje: ja jestem królem świata, tylko przy mnie możesz żyć bezpiecznie. A potem się okazuje, że mam go obsługiwać i spełniać wymagania.

Pociągające może być też coś, co uzupełnia mój brak. Jeśli niepewnie się czuję i spotykam kogoś, kto jest wspaniały, to część tej chwały spłynie na mnie. Trzeba przemyśleć: co mnie do tego ciągnęło? Może poszukiwanie cierpienia? Może chęć przyłączenia się do takiej osoby, bo nie mam własnej tożsamości, bo boję się zaistnieć, odnieść sukces? Może mam chorą definicję kobiecości, którą rozumiem tak, że kobieta ma być przyklejona do faceta? Często pacjentki pytają: czemu ja w to weszłam, czemu pociąga mnie zawsze taki typ człowieka? O wyborach nie decydują wyłącznie nasze świadome deklaracje, że chcemy być szczęśliwi, szukamy mądrego, zdrowego psychicznie partnera. Oprócz tego działają też siły nieświadome.

Kogo jeszcze ciągnie do narcyza?

Lgną do siebie osoby narcystyczne, bo są lustrami, w których mogą się przeglądać. To się szybko kończy. Straty są oczywiste, nie ma tego, na co się umawialiśmy, nie ma podziwu, więc rezygnuję.

Do jednostek narcystycznych często ciągną też osoby masochistyczne. Niedawno byłam na sztuce "Iwanow" w Teatrze Narodowym i tam bohaterka mówi: "Jestem tylko po to, by obsługiwać ciebie". Definiuje siebie jako kobietę tylko wtedy, kiedy będzie ustępować, dopasowywać, cierpieć. To był XIX wiek, ale niektóre kobiety dalej myślą, że jak będą matką Polką, to znajdą w tym sens. Masochizm może sprzyjać takiej relacji. Jedna osoba chce podziwiać, druga chce być podziwiana, jedna chce zadawać cierpienie, druga je odbierać.

Trudno wyjść z takiego związku?

To zależy komu. Trzeba zrobić bilans zysków i strat. Co mi to daje? Bo może coś mi daje. Trzeba odpowiedzieć na pytanie o zyski. Co sprawia, że w tym tkwię? Może pewien "glamour", który ten człowiek zapewnia? Jeśli mimo rozstań ciągle wracam do niego, to znaczy, że świadoma decyzja nie wystarczy, bo działają siły, które są we mnie, na granicy świadomości albo poza nią. Człowiek sam siebie za włosy z bagna nie wyciągnie. Potrzebny jest okres wzmocnienia, żeby można było tę decyzję podjąć.

Nadal nie rozumiem, czemu od razu nie można trzasnąć drzwiami.

Ludzie często nie chcą widzieć czegoś, co skłoniło ich do takiego a nie innego wyboru. Kiedy przychodzą do mnie kobiety uwikłane w relację z osobami narcystycznymi, sprawdzam, co działo się na początku związku. Okazuje się, że przymykały oczy na pewne zachowania. Jakoś im nie pasowało, bo fajny, przystojny, towarzyski, świetnie zarabia. Po to są fazy zalotów, żeby obejrzeć, jak ta osoba się zachowuje, jak reaguje na moje potrzeby i - bardzo ważne - jak reaguje na porażki.

A jak reaguje?

Cierpi, gdy jej coś nie wychodzi. Reakcja na niepowodzenie jest przesadna, a to mówi nam bardzo dużo o człowieku. Czy jak mu ktoś zabierze miejsce na parkingu, to dostaje piany, czy szuka spokojnie innego?

Inna sprawa: czy jest w stanie empatyzować? Jak funkcjonuje w kontakcie z ludźmi? Jak zachowuje się z dzieckiem, jak reaguje wobec kogoś słabszego, czy np. zauważa, że osoba sprzątająca u niego w domu źle się czuje? Osoba narcystyczna tego nie zauważy.

Miewa też zmienne nastroje. Idealizuje i dewaluuje bliską osobę, a także siebie. Osoba narcystyczna nie chodzi cały czas dumna jak paw. Bywa również poważnie załamana. Wpada w skrajności. Albo jestem królem świata, albo do niczego. Nauczenie się, że jest coś pośrodku, oznaczałoby, że jestem zwyczajny, a stwierdzenie, że jestem kimś zwyczajnym, to dla takiego człowieka największa klęska. Ból, jaki temu towarzyszy, jest nieprawdopodobny. Jeśli ktoś ma świadomość tego problemu, to już jest duży krok, ale bywa, że dotarcie do takiego wglądu zajmuje lata.

Narcyza wychowuje dom, kształtuje kultura?

Oczywiście. To się nie bierze z powietrza. Taka osoba nie uczyła się prawdopodobnie zwracania się do drugiej osoby, szukania zaspokojenia poza sobą. Od małego myśli, że źródło całego dobra jest w niej.

Wydaje się, że narcystyczni mogą być częściej mężczyźni; kobiety uczone są empatii. Wszystko zależy od tego, co w głowie mają rodzice.

Idealizują dziecko?

Ronald Britton, brytyjski psychoanalityk, objaśniał, jak kształtuje się osobowość narcystyczna. Zwracał uwagę, że rośnie obecnie pokolenie narcystyczne. Chcemy dać naszym dzieciom bardzo dużo tego, czego brakowało nam, a stawiamy coraz mniej granic. Zaspokajamy każdą potrzebę, powiedziałabym: zachciankę. Mówi się o narcystycznej osobowości naszych czasów, kultura konsumpcyjna wychowuje ludzi bardzo skupionych na sobie. Mamy zyskiwać, być do przodu, nie przeżywać frustracji. Jeżeli od samego początku przyzwyczajamy dziecko, by nigdy nie przeżywało frustracji, i pozwalamy mu wszystko wymuszać płaczem, to wychowujemy potwora.

Potwora?

Kogoś, kto uczy się, że świat jest barem szybkiej obsługi. Biorę, bo mi się należy. Wychowamy osobę narcystyczną, która owszem, roztacza wokół siebie czar, bo potrafi to jak nikt inny, ale w środku nie ma nic oprócz rozdętego ego i umiejętności manipulowania innymi. Nie ma głębi emocjonalnej, empatii, mądrości, ciepła, wszystkiego, co jest fajne, jak się spotykamy z ludźmi.

Żaden rodzic nie chce wychować narcyza.

Rodzice mogą być z różnych powodów niezdolni do realnego postrzegania dziecka. Uczmy współodczuwania, współczucia, empatii, a wtedy świat naprawdę będzie trochę lepszy.

Re: "Narcyz i ja"

Nieprzeczytany postZamieszczono: 13 lis 2013, 21:52
autor: dziadziunio
Przepraszam nie mam czasu, aby czytać..
Narcyzm odmienny jest przez przypadki..
Gdy przypadkowo dwoje z tym jakze pięknym upodobaniem, znajdą się przypadkiem( również) pod jednym wspólnym dachem..
Musi umrzeć...
kumasz Jolu? ;)
Pozdrawiam ciepło Krzysztof <czesc>

Re: "Narcyz i ja"

Nieprzeczytany postZamieszczono: 20 lis 2013, 08:43
autor: lulla
dziadziunio pisze:Przepraszam nie mam czasu, aby czytać..


Może skonsultuj to, co napisałeś ze swoją terapeutką ?
Bo jeśli masz rację, to wszystkie Twoje posty należałoby potraktować jak ściemę.
A tak mam wrażenie ... nie jest jednak.
Narcyza zdarzyło Ci się spotkać i z tego, co ja wiem , wcale nie jest do Ciebie podobny. W niczym.

http://motyl.wordpress.com/2009/02/03/narcyz-xxi-wieku/
Gdy pisywał na Strefie Jarek58, temat narcyzmu omawialiśmy dość szczegółowo.
Między innymi na podstawie zalinkowanego wyżej artykułu z blogu motyla.
Polecam lekturę, bo dużo treści ma.

pozdrawiam

Jola

Re: "Narcyz i ja"

Nieprzeczytany postZamieszczono: 31 sie 2015, 13:42
autor: lulla
Dodaję jeszcze jeden artykuł dotyczący narcyzmu, miejscu na rozwoju uzależnienia, przemocy ...
Warto przeczytać.

Jola



Andrzej Leder

Głód Narcyza, czyli o uzależnieniu i ekscytacji

Pułapki niezależności

Im bardziej ludzie chcą się czuć niezależni, tym bardziej brak im czegoś, co nadałoby sens ich życiu, a więc poszukują ekscytacji i ożywiają się za pomocą różnych środków, od których się uzależniają. Specjaliści piętnują uzależnienia i proponują terapie pozwalające odzyskać poczucie niezależności, które jednak naraża pacjentów na przeżywanie pustki, i tak dalej, da capo...

I.

Zadziwiająca jest kariera, jaką w ostatnich czasach zrobiło pojęcie uzależnienia. Dawniej człowiek był po prostu pijakiem i nikomu nie przychodziło do głowy, żeby wytykać mu zależność. Wręcz odwrotnie, właściwie uważano, że pijak jest nadmiernie niezależny. Z niczym i nikim się nie liczy. Nie liczy się z napomnieniami proboszcza i teściowej, za nic ma oceny sąsiadów – a więc w ogóle opinię publiczną – co gorsza, czuje się niezależny od rozpaczy współmałżonka i płaczu dzieci. Kondycję osoby nadużywającej alkoholu widziano nie poprzez jej zależność od trunku, lecz przez jej niezależność od społecznych więzi. Dzisiaj jest inaczej. Podstawowym zagadnieniem stało się to, że człowiek nie jest wolny od zależności. Nawet rozpacz partnera nazywana jest współuzależnieniem. Ta zmiana perspektywy jest wielce znacząca i ona właściwie winna stać się przedmiotem analizy.

Obszar spraw zagarniętych przez pojęcie uzależnienia stopniowo się powiększał. Na początku dotyczył alkoholu i narkotyków, a także leków psychotropowych. Zależność rozumiana była przede wszystkim na poziomie biologicznym: organizm uzależnionego domagał się substancji, bez której zaczynał źle funkcjonować. Jednak stopniowo pojęcie uzależnienia zaczęło nabierać sensu psychologicznego. Było to efektem znamiennego spostrzeżenia. Okazało się, że po odstawieniu nadużywanych substancji – alkoholu, heroiny czy relanium – podstawowym problemem okazywał się być nie tyle brak fizjologiczny, którego objawy w postaci różnego rodzaju „głodów” udawało się dość skutecznie usuwać za pomocą leczenia farmakologicznego, lecz brak psychiczny. Po odtruciu organizmu wyleczeni wracali do swoich domów, rodzin, środowisk i odkrywali – z przerażeniem – że wszystko jest nie tak. Że nic ich nie cieszy, zupy są zawsze za słone, dzieci niegrzeczne i męczące, a w pracy notorycznie ich nie doceniają. Że życie utraciło smak i sens.

Pierwszym efektem tej konstatacji było stworzenie różnych programów długofalowej pomocy dla osób porzucających nałóg. Programy te opierały się na tezie mówiącej, że owa substancja, a właściwie wszystko, co się z nią wiąże, zajęło w życiu nałogowca zbyt wiele miejsca. Że myślenie o niej, zdobywanie, rozmowy na jej temat, symbole z nią związane, relacje z ludźmi na tym oparte, tworzą specyficzną kulturę uzależnienia. Pijak najlepiej czuł się w knajpie z kolegami nie tylko dlatego, że tam pił, ale dlatego, że tam odczuwał prawdziwą przyjaźń, akceptację, wspólnotę. W domu zaś przytłaczało go poczucie pustki i bezsensu. Zaś narkoman poczucie tożsamości czerpał ze znajomości szczególnego slangu z narkotykami związanego. Po zaprzestaniu zażywania i związanej z tym utracie swego środowiska kulturowego ludzie owi przeżywali tak silne poczucie osamotnienia i braku sensu, że szybko wracali do nałogów. Logiczną konsekwencją była więc tendencja, żeby zwalczać nie tylko samą biologiczną zależność, ale całą, wyrastającą na jej podłożu, kulturę uzależnienia. W ośrodkach odwykowych, na przykład, nie wolno było nie tylko zażywać, ale też rozmawiać o danej substancji czy eksponować symboli z nią związanych.

Następnym krokiem w opisywanej karierze pojęcia uzależnienie stało się dostrzeżenie, że takie przewrotne działanie, zagarniające całe życie tego czy innego człowieka, mogą mieć nie tylko substancje upajające czy – jak się mówi w żargonie medycznym – psychoaktywne. Mogą je mieć pewne działania czy sytuacje społeczne. Na przykład hazard. Hazard nie jest żadną substancją, jest ludzką aktywnością. A jednak wywołuje zachowania i przeżycia bardzo bliskie tym, które wiążą się z używaniem i nadużywaniem alkoholu lub narkotyków. Hazardzista musi grać, jeśli nie gra, to czegoś mu brakuje; wszystko inne wydaje mu się puste, nijakie, bezsensowne. Z zamiłowaniem kolekcjonuje karty, kości czy historie o wyścigach konnych, potrafi godzinami o nich mówić, zapominając o całej reszcie świata.

Uznano więc, że istnieje uzależnienie od hazardu. Potem już coraz więcej sytuacji pokazywało swoje uzależniające oblicze. Uzależnienie od słodyczy. Uzależnienie od seksu. Od akceptacji. Od sukcesu. Od telewizji. Od konkretnych programów telewizyjnych. Od Internetu. Od gier komputerowych. Od wysyłania esemesów. Od zakupów. Od miłości.

Od miłości. No właśnie. Czy potrzeba miłości jest uzależnieniem? Na pewno jest jakąś zależnością. Ale czy jest uzależnieniem? Jest coś zastanawiającego, a może jeszcze bardziej – coś przejmująco smutnego w zdaniu: „Jestem uzależniony od miłości”. Albo: „Uzależniona”. To tak, jakby ktoś mówił, że jest uzależniony od oddychania.


II.

Wygląda na to, że w kwestii uzależnienia dokonało się swoiste pomieszanie pojęć. Na czym ono polega? Można powiedzieć, że splotły się ze sobą dwie zupełnie różne opowieści. Bowiem historia, którą opowiedzieliśmy przed chwilą, a więc historia rozwoju pewnej stosunkowo wąskiej dziedziny życia, kwestii leczenia z nałogów, nałożyła się na inną historię, historię ogarniającą fundamenty naszej kultury. Jest to historia uwalniania się od wszelkich więzi, historia emancypacji, która prowadzi do skutków paradoksalnych i zaprzeczających pierwotnej, wolnościowej intencji. Ta historia doprowadziła do wyłonienia się w wielu krajach Zachodu szczególnej kultury, w której podano w wątpliwość wagę wszystkiego, co wiąże i ogranicza pojedynczego człowieka.

Już w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Octavio Paz połączył ten proces ze zmianą dominujących w naszym kręgu kulturowym nałogów. Zastanawiało go, dlaczego właściwie ni z tego, ni z owego poczciwe pijaństwo gwałtownie zaczęło być wypierane przez używanie narkotyków. I doszedł do wniosku, że człowiek wstrzykujący sobie heroinę czy zażywający LSD chce być sam – sam ze sobą, sam ze swoimi fantazmatami i snami. Zaś pijący alkohol chcą być razem, chcą – pozornej często – bliskości i przyjaźni. Opilstwo jest nałogiem z istoty wspólnotowym, zażywanie narkotyków – samotniczym.

To prorocze spostrzeżenie Octavio Paza pokazywało niebezpieczny kierunek, w którym poszła ewolucja kultury mieszczańskiej, tak pięknie zapoczątkowana w XIX w. uwolnieniem się z feudalnych więzów. Pozbycie się w ogniu Rewolucji Francuskiej ograniczeń wyznaczanych przez stan i urodzenie nasunęło myśl, że można uwolnić się od wszelkich ograniczeń. A w każdym razie – i być może ta myśl była groźniejsza – że ograniczenia z istoty są czymś niesprawiedliwym i krzywdzącym. Że jeżeli już musimy je znosić, to jest w tym coś złego, za co należy nam się zadośćuczynienie.

Myśl, że wszelkie ograniczenie jest krzywdzące, łatwo może ześlizgnąć się w wojownicze kwestionowanie każdej formy trwałego związku ze światem zewnętrznym. Światem różnym od tego, co uważa się za samego siebie. Człowiek w każdej sekundzie powinien panować nad swoim życiem. Jeśli tak, to jakakolwiek trwająca relacja traktowana być musi jako coś narzuconego arbitralnie i niesprawiedliwego, bo ogranicza owo panowanie. Na przykład związek z partnerem. Dlaczego miałby trwać, jeśli uczucie wygasło? Kto ma prawo zmusić mnie, żebym żył (żyła) z kimś, kogo nie kocham? Żebym uprawiał (uprawiała) seks z kimś, kto mnie nie pociąga? Kto zestarzał się, jego skóra jest szorstka, a twarz pomarszczona? Nie ma takiego prawa!



To kwestionowanie zależności i związku prowadzi również dalej, do niepokojącej idei, że w poważnym sensie nic w zewnętrznym świecie nie może być źródłem jakichkolwiek trwałych zobowiązań i norm, czyli że w pewnym sensie tego świata nie ma. To znaczy oczywiście jest, ale równie „poważnie” traktowany jak obrazy na telewizyjnym ekranie. Owa idea, opisana przez Christophera Lasha jako współczesna kultura narcyzmu, wieńczy więc ową drugą historię, którą tutaj opowiadamy. W tej kulturze za naprawdę istniejące uważa się właściwie tylko swoje Ja i to na dodatek sprowadzone do własnej cielesności. Ja zamknięte w granicach własnej skóry.

Sprowadzenie wszystkiego, co ważne, do cielesności wywołuje jeszcze jeden efekt – medykalizację kultury współczesnej. Zakwestionowanie dawnych sposobów wartościowania, chroniących wspólnotę i więzi, zmusiło do poszukiwania jakiegoś sposobu oceniania, który opierałby się na tym, co przeżywane jest jako naprawdę ważne. A co jest ważne w kulturze narcyzmu? Ciało jest ważne! Moje ciało! I jego zdrowie ważne! Więc cnotą stało się to, co zdrowiu służy, zaś grzechem – to, co niezdrowe. Ostrzeżenia na paczkach papierosów sprzedawanych w krajach Unii Europejskiej brzmią jak upomnienia moralne, które dawniej człowiek spotykał nad portalami kościołów. Uzależnienie jest chorobą, ale jako choroba nie jest tylko kwestią medyczną, jest kwestią moralną. Być uzależnionym od czegokolwiek, to być człowiekiem słabym, nie potrafiącym czcić świętości na ołtarzu swoich organów. Zależność jest winą, z której trzeba się spowiadać i od której trzeba uciekać.

Zresztą z tym też jest problem. Jeśli coś we własnym Ja ogranicza potrzebę wszechmocy, staje się obce i wrogie. Uszy odstają? Ciach! – ucinamy je. Biust za mały – silikonujemy. To samo z penisem. Własne uczucia przeszkadzają w życiu? Wystarczy mała tabletka dwa razy dziennie i nie czuje się już uczuć.

Dodać trzeba, że są kraje, w których owa hipernowoczesna kultura narcyzmu miesza się z tradycyjną, agrarną w swych korzeniach, kulturą wspólnoty. Ich zderzenie wywołuje wtedy często ponurą reakcję tradycjonalistyczną, która stara się zwalczać jedną skrajność powrotem do drugiej. Próbuje wprząc osamotnionych i zagubionych ludzi w chomąto aberracyjnych, feudalnych zakazów i nakazów, które nie znajdując oparcia w sercach stają się pożywką dla specyficznego dla takich społeczeństw zjawiska – kultury obłudy. Polska należy do takich krajów.


III.

Wracając do naszych historii. Kiedy z jednej strony pojęcie uzależnienia – wyrastające z wyspecjalizowanej dziedziny, jaką jest leczenie nałogowców – zaczęło obejmować swym zakresem coraz więcej dziedzin życia, a z drugiej wszelka zależność zaczęła być postrzegana jako szkodliwa, krzywdząca i moralnie podejrzana, pojawiły się warunki, żeby takie dziwaczne stwierdzenia jak „zależność od miłości” mogły być wypowiadane. Wielki proces wyłaniania się kultury narcyzmu jak gdyby pożarł cały obszar pojęć i zachowań, które w swych pierwotnych intencjach miały pomóc ludziom lepiej wiązać się z ludźmi. Bo, pamiętajmy, z nałogami walczyło się kiedyś po to, żeby ludzie potrafili lepiej ze sobą żyć. Żeby ojciec był ojcem, a matka – matką. Kultura narcyzmu zżarła zresztą w taki sposób wiele pojęć i kategorii wypracowanych wcześniej przez tradycję liberalną. Ale to inna historia.

Oto więc ludzie opanowani przez pragnienie uwolnienia się od wszelkich więzów zaczęli sięgać po żargon i praktyki terapeutyczne, żeby radzić sobie z uczuciowymi konsekwencjami pustki, w którą wepchnęło ich właśnie pragnienie uwolnienia się od wszelkich więzów. Podstępne, czyż nie? Znakomicie, choć nieco przejaskrawiając, pisze o tym Michel Houellebecq.

Rozwińmy tę konstatację. Dlaczego właściwie mielibyśmy uważać, że pragnienie uwolnienia się od wszelkich więzów pcha w uzależnienia? Żeby to wyjaśnić, musimy zacząć trzecią opowieść.

Psychoanalitycy uważają, że tak jak XX stulecie wydaje się być wiekiem narcyzmu, tak XIX było wiekiem histerii. Na czym właściwie polega ta różnica? Histeria sprzed 150 lat przejawiała się niezrozumiałymi objawami cielesnymi: drgawkami, mdleniem, paraliżami, które – jak pisał Zygmunt Freud – kpią sobie z anatomii, ślepotą raz się pojawiającą, raz znikającą. Podejrzewano, że owe objawy zastępowały upragnioną swobodę popędów zakazaną przez potężne i uwewnętrznione normy społeczne. W człowieku odbywała się walka pomiędzy jego pragnieniami a więzami, które narzucało mu społeczeństwo, a „łuki histeryczne” były paradoksalnym przejawem tej walki. Histeria była objawem niemożliwego do zrealizowania dążenia do wyemancypowania się z więzi.

Symptomy narcyzmu mają zupełnie inny charakter. Objawiają się przede wszystkim wzlotami i upadkami nastroju. Raz pławię się w ekstazie, czuję się jak Bóg, gonię od jednej ekscytacji do drugiej, by po chwili runąć w otchłań zwątpienia, lęku i pustki. Depresyjnej pustki. Narcyzm ujawnia chęć osiągnięcia boskiego statusu, statusu istoty, która nie zależy od nikogo i niczego. Dla jasności powiedzmy od razu, statusu dla nas – ludzi – nieosiągalnego. Dlatego z czasem wzlotów jest coraz mniej, a pustki, lęku przed pustką i wściekłości z tego powodu coraz więcej.

Co więc robi człowiek, który nie chce zależeć od nikogo, a jednocześnie chce przeżywać silnie, na tyle silnie, żeby zagłuszyć wspomniane nieprzyjemne doznania? Szuka takich źródeł ekscytacji, które są mocne, krótkotrwałe, a jednocześnie nad którymi może zachować kontrolę. Im mniej spraw ważnych, dziejących się w świecie zewnętrznym, wiąże człowieka, tym trudniej doświadcza on silnych przeżyć i tym bardziej zmuszony jest szukać szybko sprokurowanego podniecenia. Tego rodzaju ekscytacja najczęściej wiąże się albo z substancją, którą można kupić i samemu sobie dawkować, albo z gwałtownym seksem, źródłem natychmiastowej rozkoszy, albo wreszcie z silnym „kopem adrenaliny” związanym z ryzykiem.

Pierwsze pcha do zażywania substancji psychoaktywnych – od tradycyjnego alkoholu po różne nowoczesne mikstury. Drugie – w stronę eksplorowania coraz to nowych doznań seksualnych, tak jednak, by nigdy nie wiązały się z uczuciowym przywiązaniem. Trzecie – w stronę różnych ryzykownych zabaw. Te zabawy niekiedy mogą być bardziej, innym razem mniej konstruktywne. Czasem zaś – zupełnie destrukcyjne. Zaczynając więc od pracoholizmu, który trzeba uznać za konstruktywny, bo – bądź co bądź – jest fundamentem cywilizacji, w której żyjemy, przez grę na giełdzie, hazard, różne sporty ekstremalne, aż po nielegalne walki psów i bitwy kibiców, w których ekscytujący jest po prostu widok tryskającej krwi.

Oczywiście ekscytacje można łączyć. Przykładem popularne i dość niewinne kochanie się po trawce. Ale też bujnie rozkwitająca w Internecie – i nie tylko – kultura bdsm, czyli boundage and sado-masochism, która wzmacnia podniecenie seksualne przeżywaniem agresji lub upokorzenia. Albo skakanie na spadochronie po sześciu wódkach. Coraz więcej ekscytacji.

Problemem w tym wszystkim jest nie tyle to, że człowiek popija albo lubi być chłostany, lecz że w miarę jak dąży do uwolnienia się od wszystkiego, co go ogranicza, w miarę jak próbuje stać się naprawdę niezależnym – owe doznania stają się jedynym źródłem mocnych przeżyć. A co to znaczy? To znaczy, że uzależnia się od nich. Jeśli ich nie ma, przeżywa nudę, pustkę i lęk. W taki to sposób doświadcza tego, że nie można być dla siebie jedynymi źródłami wszystkiego. Tylko że w żaden sposób nie chce przyjąć tego do wiadomości. Jeśliby przyjął, musiałby zaprzeczyć idei swojej własnej, absolutnej wolności, idei niezależności od wszelkich ograniczeń, idei bezkompromisowej podmiotowości. Więc raczej będzie traktował nudę, pustkę i lęk jako nieprzyjemne objawy chorobowe niż jako dzwon alarmowy, który chce zasygnalizować mu coś ważnego.

I wtedy idzie do specjalisty.

IV.

Jeżeli specjalistą jest psychiatra, to postępuje zgodnie ze wskazówkami nauk biologicznych. Zaś neurochemicy zajmujący się biologią mózgu twierdzą, że poczucie sensu, a także związane z nim poczucie szczęścia czy dobrostanu, zależne jest od odpowiedniego stężenia określonych substancji chemicznych w ośrodkowym układzie nerwowym. Jeśli poziom serotoniny w synapsach jest odpowiedni, to człowiek postrzega świat jako sensowny. Jeśli wydzielają mu się na dodatek endorfiny, pokrewne morfinie uzyskiwanej z maku, to czuje się zadowolony, jeśli nie szczęśliwy. Wszystko więc zależy od tego, co się tam komu w głowie wydziela.

Oczywiście nie można powiedzieć, że ta opinia jest nieprawdziwa. Jest prawdziwa. Problem w tym, że jest niewystarczająca. Mówi o życiowej pustce i jej wypełnianiu mniej więcej tyle, ile wiedza na temat budowy włókien grafitowych, z których robi się tenisowe rakiety, mówi o grze w tenisa. Zaś autorytet przyrodoznawstwa jako jedynego źródła prawdy powoduje, że tę odpowiedź powszechnie uważa się za ostateczne wyjaśnienie problemu. Kultura masowa rozpowszechnia wiedzę o chemii mózgu, pozostawiając ludzi z wyjaśnieniem, które nie mówi im nic o ich życiu.

W gruncie rzeczy opinia owa doskonale odpowiada oczekiwaniom wyrastającym z kultury narcyzmu. Zgodnie z nią człowiek może sobie bowiem powiedzieć: moim problemem są moje substancje chemiczne w głowie, wystarczy, że poprawi się ich metabolizm i znowu będę działał doskonale. Nieważne stają się cele i przyczyny zdarzeń, traci znaczenie historia i doświadczenie, nastawienia wobec świata i ludzi. Wystarczy pomajstrować przy różnych biogennych aminach i wszystkie problemy – którym nauki społeczne, nie mówiąc o literatach, poświęcały i poświęcają tak wiele uwagi i zadrukowanych stron – znikają.

Psychiatra podaje więc lekarstwo, które podwyższa poziom czegoś tam w jakichś synapsach, i sprawa na pewien czas znika. Nie od rzeczy jest jednak pytanie, dlaczego właściwie o tyle lepsze miałoby być podnoszenie sobie nastroju za pomocą substancji chemicznych zapisanych przez psychiatrę od podnoszenia substancjami dostarczonymi przez dealera? Że te pierwsze zdrowsze? I na dodatek refundowane przez system ubezpieczeń społecznych? Czy taki argument wystarczy?

Wydawałoby się, że nie ma wyjścia z tego błędnego koła. Im bardziej ludzie chcą się czuć niezależni, tym bardziej brak im czegoś, co nadałoby sens ich życiu, a więc poszukują ekscytacji i ożywiają się za pomocą różnych środków, od których się uzależniają. Specjaliści zaś piętnują uzależnienia i proponują terapie pozwalające odzyskać poczucie niezależności, które jednak naraża pacjentów na przeżywanie pustki, i tak dalej, da capo... Pozostaje uzależnienie od terapii albo od leków psychotropowych, których to zależności niezależni też boją się jak ognia, ale często są na nie skazani.

Może dlatego niektóre nurty terapeutyczne, takie jak AA, przypominają w swoich „dziesięciu krokach” o tym, że ostatecznie człowiek nie zależy od samego siebie. Robią to jednak często w sposób smutny, nasuwający myśl, że w gruncie rzeczy ta konieczna zależność jest przekleństwem. Wpisują się więc w tradycję, która wszelkie ograniczenie traktuje jako krzywdę i niesprawiedliwość. Dopust, krzyż, który trzeba dźwigać.

Cicho brzmi głos tych, którzy jak Emanuel Levinas wierzą, że to więź jest istotą człowieka. Że wcale nie musi być przeżywana jak kajdany, które albo nieuchronnie ciążą, albo prowokują do tego, żeby się ich pozbyć. Że jest darem, który pozwala poczuć to, że Ja zaczyna się w Innym. Zagłuszany przez zgiełk wojny, toczonej przez kulturę narcyzmu i kulturę obłudy, ten głos jest prawie nieuchwytny. Usłyszenie go wymaga wysiłku. Przede wszystkim wysiłku myśli.

Ale to również zupełnie inna historia.



źródło: http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka ... tacji.read

Re: "Narcyz i ja"

Nieprzeczytany postZamieszczono: 07 paź 2016, 08:54
autor: Menolar
No naprawdę ciekawy po pierwszych 2 wersach wciąga a czyta się strasznie fajnie